Blog Listing

„Królowe Połonin” – pierwsza tegoroczna Ukraina!

Na żadną z dotychczasowych wiosen nie czekaliśmy z takim utęsknieniem jak na tę tegoroczną. Pomimo, że zima była wyjątkowo udana pod kątem wypraw, na dodatek piękna i śnieżna to przekopywanie się przez zaspy, walka o każdy kilometr trasy i nieustające łopatowanie musi przecież mieć swój kres! Dlatego też wraz z każdym rosnącym stopniem na termometrze - w Nas rósł apetyt na błotniste przeprawy, pierwsze wiosenne promienie słońca i pyszne biwakowe nic-nie-robienie. I właśnie po to ruszyliśmy z końcem marca na pierwszą Ukraińską Wyprawę Marzeń - "Królowe Połonin"!

Skoro destynacją była Ukraina - byliśmy przygotowani, że przygoda rozpocznie się już na samej granicy Polsko-Ukraińskiej. Jakież było Nasze zdziwienie, gdy nie dość, że na granicy nie przywitała Nas jak to zwykle bywa wijąca się w nieskończoność kolejka aut, to na dodatek ukraińscy pogranicznicy w duecie z celnikami w iście ekspresowym  tempie odprawili całą Naszą grupę. Bez wynajdywania problemów i dwuznacznych mrugnięć okiem oraz zaproszeń do kantorka. Niewiarygodne? A jednak! Cud pierwszy...

Wystarczyły przejechane trzy kilometry od granicy, by znaleźć się w innym świecie. Świecie wypełnionym drewnianymi domkami z kolorowymi okiennicami, rozklekotanymi samochodami i serdecznie machającymi z pobocza ludźmi. I z dziurawymi jak ser szwajcarski drogami, po których każdy jeździ jak mu aktualnie pasuje, wpadając z jednej wyrwy w drugą próbując ominąć tą trzecią. Może i mamy wielkie, terenowe samochody, ale na ukraińskie drogi nie ma mocnych! Z radością witamy odcinki z nowym, idealnie czarnym i gładkim jak aksamit asfaltem - w każdej innej sytuacji byłoby to nie do pomyślenia...

Z jeszcze większą radością witamy upragniony teren. Z założenia ma być mokro, ma być błoto, ma być ciężko, bo przecież jesteśmy na Ukrainie, jest wiosna, są roztopy - jedziemy szukać sobie "problemów"! Szybko znajdują Nas same. Okazuje się, że zima nie powiedziała ostatniego słowa. Śnieg zalega jeszcze zmrożoną warstwą przez którą trzeba było się przebić, podjazdy robią się przez to trudniejsze, a ekipy coraz brudniejsze - szczególnie z radością harcujące dzieci, oczywiście ku utrapieniu rodziców, ale czego się nie robi dla uśmiechów na tych małych, rozpromienionych buziach. Dzieciaki zgodnym chórem domagają się jednego - "gnoju!". I to dosłownie takie komendy padają na Cb-radio, ku ogromnej uciesze wszystkich załóg.

Po intensywnym dniu udaje się Nam dojechać do pensjonatu o całkiem przyzwoitej porze. Oczywiście z rozmaitymi przygodami po drodze, ale bez większych awarii, za to w rewelacyjnych humorach i w ubłoconych samochodach oczywiście! Chociaż, tak między nami; przyznamy, że spodziewaliśmy się większej ilości karpackiej gliny. Załogi mają podobne zdanie, bo już pierwszego wieczoru padają pytania o Przełęcz Legionów. Hmm... Nas na to nie trzeba namawiać! Lubimy jak się coś dzieje, a dzieje się wtedy, gdy nie jest zbyt łatwo. Nikt wtedy nie spodziewał się, że Przełęcz Legionów zafunduje nam przygodę o której będą krążyły legendy...

Ale zanim to nastąpi, mamy przed sobą wieczory wypełnione pysznym jedzeniem, degustacją lokalnych specjałów, muzyką, zabawą, tańcem i śmiechem. Do tego długie, słoneczne dni pod niebieskim niebem w ukraińskim terenie. Nie marnujemy czasu! Przecieramy po-zimowe szlaki. Piła spalinowa nie ma chwili odpoczynku. Zwalonych drzew na naszej trasie już nie jesteśmy w stanie zliczyć. Znowu śnieg odcina nam drogę... jest tak jak ma być! A na dodatek słońce na bezchmurnym niebie towarzyszy nam od rana - czego chcieć więcej?

Może prawdziwego, 100%owgo, bezkompromisowego OFFroadu? Jedziemy na Przełęcz Legionów! Miejsce, które przyciąga liczne grono chcące zmierzyć się z kultową "dziurą" wypełnioną błotem i ostrym podjazdem w głębokich koleinach na sam szczyt Przełęczy Legionów na którym stoi Krzyż Legionów i gdzie nadal zobaczyć można polskie słupki graniczne. Miejsce historyczne, mające związek z Bitwą pod Rafajłową z 1914 roku, pomiędzy 3 Pułkiem Piechoty Legionów Polskich a Rosjanami. Przez przełęcz została zbudowana Droga Legionów. Powstała w 50 godzin, miała 7 km długości (!) , 28 mostków i została ułożona przez żołnierzy ręcznie.  Będąc już tam na miejscu z tą świadomością i obrazem jak wygląda to otoczenie na żywo - te wszystkie fakty robią wrażenie. Ogromne wrażenie.

Nie mniejsze wrażenie robi na wszystkich widok tego przez co musimy się przeprawić. Zgodnie twierdzimy, że po zimie nikt tutaj nie zaglądał - czyli będzie podwójnie ciężko. Nie ma na co czekać, trzeba brać się do roboty! Wspólnymi siłami męskich rąk, kobiecego dopingu, mocy wyciągarek i wielkiej chęci postawienia stopy na szczycie; udaje się przeciągnąć i wyciągnąć z dziury 5 z 10 aut uczestniczących w wyprawie. Grupa ochoczo dzieli się wolnymi miejscami w autach udających się na szczyt - i ruszamy! Pierwszy toruje drogę, jest już 150 metrów od celu, gdy na radio padają słowa, których na wyprawie nigdy nie chce się usłyszeć, a już szczególnie na Przełęczy Legionów, popołudniową porą, o krok od celu. "W Toyocie poszedł drążek kierowniczy. Jedno koło w prawo, drugie w lewo. Kaplica" - brzmi  wyrok. Zawracamy; dodajmy, że na drodze szerokiej na jedno auto, znajdującej się w głębokim wąwozie. Nie pytajcie jak to możliwe, bo to co przed nami dopiero zrobi na Was wrażenie. Słowa na radio nie były przesadzone. Toyota stoi unieruchomiona w kierunku jazdy przeciwnym do tego, który musi obrać, żeby z przełęczy zjechać. Ale jej już nie nawrócimy tak gładko.

Skoro nie da się zrobić tego zgodnie ze sztuką OFFroadową, zrobimy to w Naszym stylu. W pierwszej kolejności wchodzi ocena sytuacji. Nie ma się co czarować - nie jest kolorowo. Słońce chyli się ku horyzontowi, godzina na zegarkach jest taka, że przy dobrych wiatrach i ogromie szczęścia szósta rano jest porą w jaką celujemy, że zakończymy misję meldując się w hotelu. Męska część grupy przerzuca się pomysłami "co, jak, z czym". Dziewczyny momentalnie ogarniają zaplecze żywieniowo-ogniskowe i w kilka minut gotowa jest kawa, herbata, gorące kubki. Wszystko pięknie, ale nadal nic nie drgnęło. Ktoś pojechał szukać spawarki, ktoś inny zebrał wszystkie dzieciaki i ruszył już do hotelu, ale główny problem nadal stoi nierozwiązany w środku lasu. Wtedy pojawia się pomysł...

Każdy z Was z pewnością zna kogoś, albo słyszał o kimś, kto rozwija skrzydła w sytuacjach kryzysowo-podbramkowych. Czyli takich momentach w których większość rozkłada ręce i snuje czarne scenariusze. On wtedy wkracza na scenę i dzieją się cuda. Naszego MacGayver'a nazywają Róża. To ten typ OFFroadowca, który na wyjeździe ma ze sobą wszystko. Piła spalinowa? Proszę bardzo. Trytytki? Długie, średnie, krótkie? Doposażenie wyprawowe to jedna sprawa, ale pomysłowość to jego drugie imię. Sytuacja z Przełęczy Legionów tylko Nas upewniła, że rzucone na jednym z wcześniejszych wyjazdów ; "awaria mała czy duża - spokojnie, jedzie z Nami Róża" właśnie nabrało sensu.

Lekiem na całe zło okazał się pomysł Róży z użyciem drewnianej kłody, pasa, kawałka sznurka i drugiego auta, które po prostu ściągnęło Toyotę z unieruchomionym przez kłodę - lewym kołem. Pisząc "po prostu" bardzo naginam rzeczywistość, bo proste to nie było. Trwało kilka godzin, kosztowało ogrom wysiłku, ale, gdy Toyota bezpiecznie została sprowadzona do utwardzonej drogi - cała ekipa miała satysfakcję nie do opisania. Żaden plastik nie ucierpiał, nic się po drodze nie urwało, nie wyrwało, nie uszkodziło. Znamienne są też słowa właściciela Toyoty - "lepszej integracji nie mógłbym sobie wymarzyć". Nie sposób nie zgodzić się z tym. Taka sytuacja była największym sprawdzianem dla całej grupy - zdaliśmy go lepiej niż celująco!

Dla zainteresowanych losem Toyoty - naprawiona wróciła na kołach do Polski. Nie ma rzeczy niemożliwych, gdy ma się odpowiednich ludzi w swoim otoczeniu i niewyczerpane pokłady optymizmu - mamy takie szczęście, że jedno i jak drugie jest w Naszym posiadaniu!

Pierwsza Ukraina w sezonie 2017 zapadnie na długo w Naszą pamięć i coś czujemy, że pod tym stwierdzeniem podpisałoby się więcej osób uczestniczących w tej wyprawie. Wróciliśmy do Polski z ogromem pozytywnej energii. Nawet 5-cio godzinne oczekiwanie na odprawę na granicy zleciało szybko i przyjemnie jak nigdy. Chce się tam wracać i to często, bo Ukraina ma w sobie niepowtarzalny czar i zawsze funduje przygody o których później opowiadamy z szerokimi uśmiechami...

Uczestnikom wyprawy "Królowe Połonin v3" dziękujemy za udział i oby do szybkiego zobaczenia w terenie!



Leave a Reply